– No? – rzuciła ponaglająco Joanna. – Nie słyszała pani, że po pierwsze nie oskarżam, tylko bronię, a po drugie, że Wojewódzkiego na mnie stać wyłącznie dlatego, że z sympatii dałam mu upust?
– Ja właściwie…
Byszkiewicz potrząsnęła głową, a potem przesunęła dłonią po rzedniejących siwych włosach.
– Pani mat… To znaczy twoja matka mi cię poleciła.
– Co takiego?
– Powiedziała, że jesteś najlepsza w swoim fachu. I że jeżeli ktoś ma uczynić zadość za krzywdę wyrządzoną mojej córci, to właśnie ty.
Chyłka powoli obróciła się w stronę rozmówczyni.
– Skąd pani zna moją matkę? – rzuciła.
– Stąd, skąd ciebie.
– Znaczy?
– Naprawdę nie pamiętasz?
Byszkiewicz. Byszkiewiczowie.
Joanna zmrużyła oczy, niepewna, czy pamięć nie płata jej figla. Jezu, Byczkiewicze. Magdalena kiedyś przekręciła ich nazwisko i od tamtej pory Joanna mówiła na nich Byczki – reszta rodziny także. Nigdy po pełnym nazwisku, zawsze per Byczki.
– A jednak kojarzysz – odezwała się Pola. – Nie dziwię się, że z takim trudem. Minęło wiele lat.
– Mieszkaliśmy na tym samym osiedlu. Zanim matka wyjechała do Niemiec.