– Zgadza się – potwierdziła Byszkiewicz i uśmiechnęła się lekko. – Przyjaźniłyśmy się, czasem do mnie przychodziłyście. Pamiętam, że lubiłaś bawić się z naszym pieskiem.
– Łapsem.
Pola sprawiała wrażenie, jakby właśnie wspólnie osiągnęły jakiś przełom na miarę opracowania leku na nowotwór.
– Ale nie miała pani żadnych dzieci – dodała Chyłka.
– To prawda. Staraliśmy się z mężem, ale bez skutku, w końcu zrezygnowaliśmy. Zmarł jakiś czas po tym, jak się wyprowadziłaś, a ja związałam się później z kimś innym. Zaszłam w ciążę dopiero w wieku pięćdziesięciu lat. Było pewne ryzyko, ale…
– I chce mi pani powiedzieć, że córka zupełnym przypadkiem znała się z moim chudzielcem? – przerwała jej Joanna, wskazując na stojącego przy drzwiach Kormaka.
– Nie zupełnym przypadkiem.
– Więc słucham: co tu się, kurwa, dzieje?
Pola płytko nabrała tchu, a Chyłka usłyszała ciche rzężenie w płucach. Dobrze je znała.
– Córcia przyjechała tutaj na studia dwa lata temu – podjęła Byszkiewicz. – Chciała być jak ty, wiesz?
– Że co?
Kobieta pozwoliła sobie na smętny uśmiech.