Zatrzymała się na chwilę przy drzwiach do piwnicy, w końcu je otworzyła. Zapaliła światło i zeszła po kilku pierwszych wyślizganych stopniach.
Znaleźli go tam na dole któregoś dnia w styczniu. Musiał spaść mniej więcej z tej wysokości, na której się teraz znajdowała. Na jasnej cementowej podłodze widać było ciemniejszą plamę. Zdaniem lekarza leżał tam trzy dni, zanim znalazł go jeden ze znajomych.
Była jego jedyną żyjącą krewną, ale nie wzięła udziału w przygotowaniach do pogrzebu ani w samej ceremonii. Wtedy nie wiedziała nawet o tym, że jest jedyną dziedziczką willi, wartej milion koron, i pieniędzy na jego koncie. Gdy ją o tym powiadomiono, w pierwszej chwili pomyślała, że się zrzeknie spadku. Że pieniądze po Franku Mandcie są brudne i nie chce mieć z nimi do czynienia. W końcu jednak doszła do wniosku: a właściwie czemu nie? Przecież odrzucenie takiego majątku byłoby z jej strony głupotą.
Zeszła do piwnicy z córeczką na rękach. Powietrze było tu cięższe niż na górze. Unoszący się zapach zgnilizny przywodził na myśl przejrzałe owoce albo kwiaty, które zbyt długo stały w wazonie.