A tata poszukiwał stawu. Wyobrażał go sobie z wielkim rozmarzeniem. Staw otoczony pochylonymi wierzbami, na jego powierzchni tu i ówdzie sercowate nenufary z żółtymi kielichami, a w przeszywanej promieniami słońca wodzie karpie wielkie jak cielaki. Tata podążał za tą wizją niczym pszczoła za pyłkiem. Objechał dużą część kraju, ale nigdzie nie znalazł odpowiedniego stawu na sprzedaż.
Dopiero w Kroczehlawach przyszedł do niego znajomy, doktor Wacławik – wysoki, barczysty facet z wąsikiem pod nosem. Pan doktor powiedział tacie, który miał wówczas, Bóg jeden wie z jakiej racji, tytuł inspektora:
– Panie inspektorze, może chciałby pan kupić moje ryby?
W tatę jakby trafił piorun.
– A za ile, panie doktorze?
– Dziesięć tysięcy. Przyniosę rachunek, żeby pan zobaczył, ile zapłaciłem kilka lat temu za narybek. Oczywiście od tego czasu karpie znacznie podrosły. Zresztą sam się pan przekona.
A tata na to:
– Panie doktorze, ja panu wierzę.
A pan doktor:
– Chodźmy, przynajmniej pokażę panu te okazy.