A kiedy tak szli, mojego tatę ogarnęła pewność, że to świetny biznes. Dobrze znał to przeczucie, często podpowiadało mu ono, gdzie sprzeda lodówkę, gdzie odkurzacz, a do których drzwi nie warto nawet pukać. Zawsze miał smykałkę do interesów i w tym wybranym stawie i pływających w nim brzuchatych karpiach również węszył duży zysk.
Zatrzymali się na grobli, a doktor Wacławik pozwolił tacie przez chwilę delektować się widokiem. Roztaczał się tam niewielki prostokątny staw. Jasnozielone wierzby na brzegach nurzały gałęzie w spokojnej wodzie, a tu i ówdzie na powierzchni unosiły się żółtokwietne nenufary. Tata westchnął, a jego przyjaciel, doktor Wacławik, oświadczył podniośle:
– A teraz karpie.
Wyjął z kieszeni bułkę. Rozłamał ją i połowę wrzucił do wody. Uśmiechał się przy tym pewny siebie, a tata nie spuszczał bułki z oczu. Nagle woda się rozstąpiła, wyłoniło się duże żółte ciało, a olbrzymia paszcza zrobiła: KŁAP! Bułka zniknęła. Tata jęknął zachwycony:
– Boże święty, on ma przynajmniej z pięć kilo.
A pan doktor odparł znacząco:
– Sześć.