Śmierć pięknych saren
Ota Pavel — Literatura

Klamka zapadła. Tata przyjechał do domu po wszystkie nasze oszczędności, a mama mogła się pocieszać tylko tym, że będziemy mieć staw z własnymi karpiami. Jego jedynym minusem była duża odległość od Pragi.

Lecz od tamtej chwili tata często promieniał, uśmiechał się, zapatrzony gdzieś w dal, a mama mawiała wówczas, że on znów jest myślami przy karpiach w Kroczehlawach.

Mama zawsze miała zrozumienie dla słabostek taty i prowadziła z nim teraz niekończące się rozmowy o tym, jak też te karpie im tam rosną. Tata zacierał ręce i mówił:

– Herminko, fortunę na nich zbijemy. Fortunę!

Nie wiedziałem, co to jest fortuna, ale musiało to być coś pięknego i dużego, bo tata uśmiechał się błogo i głaskał mamę po ręce.

Zbliżała się jesień, a wraz z nią wyłów naszego pierwszego stawu. Wszyscy, choć przede wszystkim oczywiście tata, szykowaliśmy się na ten dzień jak na wielkie święto. Tata wziął wolne w firmie Elektrolux. Pan dyrektor spytał:

– Znów na ryby? Znów na ryby? Kiedyś to pana zgubi, panie inspektorze.