Mama specjalnie na tę okazję kupiła sobie twarzowy płaszcz z kowerkotu. Musiała zaprosić swoich szwagrów robotników, Karola Pokrzywę i Karola Zgrozę. Obaj byli znani z wilczego apetytu. Dostali proste zadanie: mieli pilnować na grobli, żeby nikt nie ukradł wyłowionych karpi. Przyjechali nad staw z rodzinami. Mój tata sprowadził na wyłów zawodowego rybaka, pana Szczygła z Pragi. Przyjechał on z ośmioma mężczyznami, ubranymi od stóp do głów w gumowe kombinezony. Pan Szczygieł, człowiek silny, stary i doświadczony, nade wszystko wielbił porządek. To, co odbyło się na grobli tego idyllicznego stawu z wierzbami i nenufarami, przypominało raczej atak wojskowy na nieznanego wroga niż wyłów. Na grobli stały dwie transportowe pragi S5T, a w ich skrzyniach ładunkowych spoczywały butle z tlenem oraz zbiorniki do przewożenia karpi. Po grobli kroczyli cicho gumowi mężczyźni i rozkładali sieci.
Ze stawu wypływała woda, a tata, przeczuwając znaczny zarobek ze sprzedaży ryb obiecanych już zakładowi przetwórstwa rybnego Vaňha, hojnie częstował gości.
Na drugie śniadanie podano ciepłe kiełbaski oraz bułki. I dwie skrzynki piwa.