Na obiad udano się do restauracji pana Niejadalnego. Nastroje poprawiały się z każdym kolejnym piwem. Tylko tata nie pił, nigdy nie przepadał za alkoholem.
O trzeciej po południu na grobli zebrał się już tłum gapiów, a w stawie pozostało niewiele wody.
Pan Szczygieł dał sygnał do ataku. Jeden z rybaków zatrąbił na złotej trąbce i zaczęli ciągnąć. Sieć wygięła się w duży łuk. Bojki kołysały się na wodzie niczym kaczki. Pan Szczygieł wydawał rozkazy, a gumowe postaci podobne do marionetek na sznureczkach ruszały rękami tam i z powrotem. Napięcie wśród widzów rosło z każdą chwilą zbliżającą ich do kulminacji.
Łuk z karpiami skurczył się do niewielkiego kręgu. Na powierzchni powinny się w tej chwili ukazać fale i kłębowisko ryb, ale nic takiego się nie stało. Tata, dobrze znający to zjawisko rybackie, zbladł, a na czoło wystąpiły mu krople potu.