Rybacy zawężali krąg, aż wreszcie bojki ze wszystkich stron połączyły się ze sobą. Sieć najwyraźniej była pusta. Choć nie! Na granicy błota i wody coś pluskało. Pan Szczygieł wprawnie wyłowił zdobycz podbierakiem i podniósł ją wysoko. Karp! I to jaki! Tata go poznał, jęknął, a grobla wybuchnęła gromkim śmiechem. Śmiali się wszyscy oprócz mojej mamy i mojego taty.
Mama przeżywała ten wstyd szczególnie mocno. Wprawdzie długo mieszkała w Drzyniu, ale Kroczehlawy były jej rodzinnym miastem. Przytulała nas do siebie i szeptała:
– Moje biedne dzieci. Gdybyście wiedziały, jakiego macie ojca!
Tymczasem tata zbiegł do stawu, stał nad próbującą zaczerpnąć powietrza rybą i przyglądał się jej, jakby po raz pierwszy w życiu widział karpia. Pan doktor Wacławik nie kłamał, karp ważył dużo więcej niż sześć kilo. Znacznie przytył, od kiedy tata kupił staw.
Tata pognał do willi pana doktora Wacławika z mocnym postanowieniem załatwienia tej sprawy po boksersku, tak jak podpatrzył to u pana Franciszka Nekolnego.
Otworzyła mu służąca.
– Pan doktor wyjechał z jaśnie panią na urlop do Włoch.
– W takim razie pojechali za moje pieniądze. I to do Włoch!