Tego dnia mieliśmy na kolację karpia. Mama naturalnie nie odzywała się do taty, a kiedy on w furii oświadczył: „Skoro za niego zapłaciliśmy, to go sobie zjemy, dzieci", odparła wściekle, że nawet kolega taty, pan Rotszyld, uznałby taką kolację za dość kosztowną. I zapewne miała rację. Prawdopodobnie był to najdroższy karp nie tylko w Czechosłowacji, ale nawet w całej Europie. Łącznie z pieniędzmi wydanymi na wyłów stawu kosztował mojego tatę równe jedenaście i pół tysiąca koron, a za taką kwotę mielibyśmy – jak nie omieszkała zauważyć mama na koniec kolacji – żywe łososie przywiezione z Kanady.
Wtedy złość taty się ulotniła i już nie próbował wyzywać pana Wacławika na pojedynek bokserski.
Minęło wiele lat. Tata sprzedawał lodówki oraz odkurzacze i jeździł na ryby nad Berounkę.
Kiedyś, gdy siedział w swoim biurze przy Konwiktorskiej, ktoś zapukał do drzwi. Tata powiedział: „Proszę!" – i wszedł… pan doktor Wacławik. Tata natychmiast poczerwieniał, chciał się nań rzucić z pięściami, ale potem się uspokoił. Spostrzegł też, że doktor już zgolił wąsik.
Pan doktor świergotał:
– Panie inspektorze, panie inspektorze, jak się pan miewa? Nie widzieliśmy się kopę lat.