Dziewczynka miała trzy latka i zapleciony przez żonę kruczoczarny warkoczyk, a chłopczyk zaledwie dziewięć miesięcy i dopiero pierwsze cienkie włosy nad uszami. Urodził się w lutym, w najtęższe mrozy, ale choć Bóg naznaczył go grzechem, chłopak na przekór przeciwnościom losu przetrwał, okrzepł i rósł jak na drożdżach. Gehenna żony, która pomimo nabrzmiałych od mleka piersi nie była w stanie go wykarmić, odeszła w niepamięć, tak jak z czasem w niepamięć odchodzą rzeczy wstydliwe albo złe.
Ale to nie był czas, aby do tego wracać.