Solaris
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Nim zdą­ży­łem się ode­zwać, krót­kie ude­rze­nie przy­wró­ci­ło za­sob­ni­ko­wi pio­no­wą po­zy­cję, w prze­zier­ni­ku roz­iskrzył się rtę­cio­wym świa­tłem sfa­lo­wa­ny aż po dym­ny ho­ry­zont oce­an; war­czą­ce liny i pier­ście­nie spa­do­chro­nu od­cze­pi­ły się na­gle i po­le­cia­ły nad fa­la­mi, nie­sio­ne wia­trem, a za­sob­nik za­huś­tał się mięk­ko, owym szcze­gól­nym, zwol­nio­nym ru­chem, jak zwy­kle w sztucz­nym si­ło­wym polu, i ob­su­nął się w dół. Ostat­nią rze­czą, jaką zdą­ży­łem zo­ba­czyć, były kra­to­we ka­ta­pul­ty lot­ni­cze i dwa wzno­szą­ce się chy­ba na kil­ka pię­ter lu­stra ażu­ro­wych ra­dio­te­le­sko­pów. Coś unie­ru­cho­mi­ło za­sob­nik z prze­raź­li­wym dźwię­kiem sta­li ude­rza­ją­cej sprę­ży­ście o stal, coś ode­mknę­ło się pode mną i z prze­cią­głym, sa­pli­wym wes­tchnie­niem me­ta­lo­wa łu­pi­na, w któ­rej tkwi­łem wy­pro­sto­wa­ny, za­koń­czy­ła swo­ją stu­osiem­dzie­się­cio­ki­lo­me­tro­wą podróż.