– Troszczysz się… – powiedział głucho. – Aha. Będziesz się troszczył, co? Ale dlaczego o mnie? Nie znam cię.
– Gdzie jest Gibarian? – spytałem. Na sekundę stracił dech, jego oczy znowu stały się szkliste, coś się w nich zapaliło i zgasło.
– Gi… giba – wyjąkał – nie! nie!!!
Zatrząsł się od bezgłośnego, idiotycznego chichotu, który nagle ucichł.
– Przyszedłeś do Gibariana…? – powiedział prawie spokojnie. – Do Gibariana? Co chcesz z nim zrobić?
Patrzał na mnie, jak gdybym przestał naraz być dla niego groźny; w jego słowach, a jeszcze bardziej w ich tonie, było coś nienawistnie obelżywego.
– Co ty mówisz… – wybełkotałem ogłuszony. – Gdzie on jest?
Osłupiał.
– Nie wiesz…?
Jest pijany – pomyślałem. Pijany do nieprzytomności. Ogarniał mnie rosnący gniew. Właściwie powinienem był wyjść, ale moja cierpliwość prysła.
– Oprzytomnij! – huknąłem. – Skąd mogę wiedzieć, gdzie jest, jeżeli przyleciałem przed chwilą! Co się z tobą dzieje, Snaut!!!