Solaris
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

– Trosz­czysz się… – po­wie­dział głu­cho. – Aha. Bę­dziesz się trosz­czył, co? Ale dla­cze­go o mnie? Nie znam cię.

– Gdzie jest Gi­ba­rian? – spy­ta­łem. Na se­kun­dę stra­cił dech, jego oczy zno­wu sta­ły się szkli­ste, coś się w nich za­pa­li­ło i zgasło.

– Gi… giba – wy­ją­kał – nie! nie!!!

Za­trząsł się od bez­gło­śne­go, idio­tycz­ne­go chi­cho­tu, któ­ry na­gle ucichł.

– Przy­sze­dłeś do Gi­ba­ria­na…? – po­wie­dział pra­wie spo­koj­nie. – Do Gi­ba­ria­na? Co chcesz z nim zrobić?

Pa­trzał na mnie, jak gdy­bym prze­stał na­raz być dla nie­go groź­ny; w jego sło­wach, a jesz­cze bar­dziej w ich to­nie, było coś nie­na­wist­nie obelżywego.

– Co ty mó­wisz… – wy­beł­ko­ta­łem ogłu­szo­ny. – Gdzie on jest?

Osłupiał.

– Nie wiesz…?

Jest pi­ja­ny – po­my­śla­łem. Pi­ja­ny do nie­przy­tom­no­ści. Ogar­niał mnie ro­sną­cy gniew. Wła­ści­wie po­wi­nie­nem był wyjść, ale moja cier­pli­wość prysła.

– Oprzy­tom­nij! – huk­ną­łem. – Skąd mogę wie­dzieć, gdzie jest, je­że­li przy­le­cia­łem przed chwi­lą! Co się z tobą dzie­je, Snaut!!!