Szczęka mu opadła. Znowu stracił na chwilę oddech, ale jakoś inaczej, nagły błysk pojawił się w jego oczach. Trzęsącymi się rękami chwycił poręcze fotela i wstał z trudem, aż zatrzeszczały mu stawy.
– Co? – powiedział prawie wytrzeźwiały. – Przyleciałeś? Skąd przyleciałeś?
– Z Ziemi – odparłem wściekły. – Słyszałeś może o niej? Wygląda na to, że nie!
– Z Zie… wielkie nieba… to ty jesteś – Kelvin?!
– Tak. Czego tak patrzysz? Co w tym dziwnego?
– Nic – powiedział, mrugając szybko powiekami. – Nic.
Potarł czoło.
– Kelvin, przepraszam, to nic, wiesz, po prostu zaskoczenie. Nie spodziewałem się.
– Jak to nie spodziewałeś się? Przecież dostaliście wiadomość przed miesiącami, a Moddard telegrafował jeszcze dziś z pokładu Prometeusza…
– Tak. Tak… zapewne, tylko widzisz, panuje tu pewien… rozgardiasz.
– Owszem – odparłem sucho. – Trudno tego nie widzieć.
Snaut obszedł mnie dokoła, jakby sprawdzał wygląd mego skafandra, najzwyklejszego w świecie, z uprzężą przewodów i kabli na piersi. Zakaszlał kilka razy. Dotknął kościstego nosa.