Solaris
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Szczę­ka mu opa­dła. Zno­wu stra­cił na chwi­lę od­dech, ale ja­koś ina­czej, na­gły błysk po­ja­wił się w jego oczach. Trzę­są­cy­mi się rę­ka­mi chwy­cił po­rę­cze fo­te­la i wstał z tru­dem, aż za­trzesz­cza­ły mu stawy.

– Co? – po­wie­dział pra­wie wy­trzeź­wia­ły. – Przy­le­cia­łeś? Skąd przyleciałeś?

– Z Zie­mi – od­par­łem wście­kły. – Sły­sza­łeś może o niej? Wy­glą­da na to, że nie!

– Z Zie… wiel­kie nie­ba… to ty je­steś – Kelvin?!

– Tak. Cze­go tak pa­trzysz? Co w tym dziwnego?

– Nic – po­wie­dział, mru­ga­jąc szyb­ko po­wie­ka­mi. – Nic.

Po­tarł czoło.

– Ke­lvin, prze­pra­szam, to nic, wiesz, po pro­stu za­sko­cze­nie. Nie spo­dzie­wa­łem się.

– Jak to nie spo­dzie­wa­łeś się? Prze­cież do­sta­li­ście wia­do­mość przed mie­sią­ca­mi, a Mod­dard te­le­gra­fo­wał jesz­cze dziś z po­kła­du Prometeusza…

– Tak. Tak… za­pew­ne, tyl­ko wi­dzisz, pa­nu­je tu pe­wien… rozgardiasz.

– Ow­szem – od­par­łem su­cho. – Trud­no tego nie widzieć.

Snaut ob­szedł mnie do­ko­ła, jak­by spraw­dzał wy­gląd mego ska­fan­dra, naj­zwy­klej­sze­go w świe­cie, z uprzę­żą prze­wo­dów i ka­bli na pier­si. Za­kasz­lał kil­ka razy. Do­tknął ko­ści­ste­go nosa.