Solaris
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

– Chcesz może wziąć ką­piel…? To ci do­brze zro­bi – błę­kit­ne drzwi po prze­ciw­nej stronie.

– Dzię­ku­ję. Znam roz­kład Stacji.

– Może je­steś głodny…?

– Nie. Gdzie Gibarian?

Pod­szedł do okna, jak­by nie usły­szał mego py­ta­nia. Od­wró­co­ny ple­ca­mi, wy­glą­dał znacz­nie sta­rzej. Krót­ko ostrzy­żo­ne wło­sy były siwe, kark, spa­lo­ny słoń­cem, zna­czy­ły zmarszcz­ki głę­bo­kie jak cię­cia. Za oknem po­ły­ski­wa­ły grzbie­ty fal wzno­szą­cych się i opa­da­ją­cych tak po­wo­li, jak­by oce­an krzepł. Pa­trząc tam, od­no­si­ło się wra­że­nie, że Sta­cja prze­su­wa się nie­znacz­nie bo­kiem, jak­by ze­śli­zgu­jąc się z nie­wi­dzial­nej pod­sta­wy. Po­tem wra­ca­ła do rów­no­wa­gi i tak samo le­ni­wym prze­chy­łem szła w dru­gą stro­nę. Ale to było chy­ba złu­dze­nie. Pła­ty ślu­zo­wej pia­ny o bar­wie ko­ści zbie­ra­ły się w ko­tli­nach mię­dzy fa­la­mi. Przez mgnie­nie czu­łem w doł­ku mdlą­cy ucisk. Oschły ład po­kła­dów Pro­me­te­usza wy­dał mi się czymś cen­nym, bez­pow­rot­nie utraconym.