– Chcesz może wziąć kąpiel…? To ci dobrze zrobi – błękitne drzwi po przeciwnej stronie.
– Dziękuję. Znam rozkład Stacji.
– Może jesteś głodny…?
– Nie. Gdzie Gibarian?
Podszedł do okna, jakby nie usłyszał mego pytania. Odwrócony plecami, wyglądał znacznie starzej. Krótko ostrzyżone włosy były siwe, kark, spalony słońcem, znaczyły zmarszczki głębokie jak cięcia. Za oknem połyskiwały grzbiety fal wznoszących się i opadających tak powoli, jakby ocean krzepł. Patrząc tam, odnosiło się wrażenie, że Stacja przesuwa się nieznacznie bokiem, jakby ześlizgując się z niewidzialnej podstawy. Potem wracała do równowagi i tak samo leniwym przechyłem szła w drugą stronę. Ale to było chyba złudzenie. Płaty śluzowej piany o barwie kości zbierały się w kotlinach między falami. Przez mgnienie czułem w dołku mdlący ucisk. Oschły ład pokładów Prometeusza wydał mi się czymś cennym, bezpowrotnie utraconym.