– Słuchaj… – odezwał się niespodziewanie Snaut – chwilowo tylko ja… – Odwrócił się. Zatarł nerwowo ręce. – Będziesz się musiał zadowolić moim towarzystwem. Na razie. Mów mi Szczur. Znasz mnie tylko z fotografii, ale to nic, tak wszyscy mówią. Obawiam się, że na to nie ma rady. Kiedy się zresztą miało rodziców o tak kosmicznych aspiracjach jak ja, dopiero Szczur zaczyna brzmieć jako tako…
– Gdzie jest Gibarian? – spytałem uparcie jeszcze raz. Zamrugał.
– Przykro mi, że cię tak przyjąłem. To… nie tylko moja wina. Zapomniałem zupełnie, tu się wiele działo, wiesz…
– Ach, w porządku – odparłem. – Zostawmy to. Więc co z Gibarianem? Nie ma go na Stacji? Poleciał gdzieś?
– Nie – odparł. Patrzał w kąt zastawiony szpulami kabla. – Nigdzie nie poleciał. I nie poleci. Przez to właśnie… między innymi…
– Co? – spytałem. Wciąż miałem zatkane uszy i zdawało mi się, że gorzej słyszę. – Co to ma znaczyć? Gdzie on jest?
– Przecież już wiesz – powiedział całkiem innym tonem. Patrzał mi w oczy zimno, aż przeszły mnie ciarki. Może i był pijany, ale wiedział, co mówi.
– Nie stało się…?
– Stało się.