Solaris
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

– Słu­chaj… – ode­zwał się nie­spo­dzie­wa­nie Snaut – chwi­lo­wo tyl­ko ja… – Od­wró­cił się. Za­tarł ner­wo­wo ręce. – Bę­dziesz się mu­siał za­do­wo­lić moim to­wa­rzy­stwem. Na ra­zie. Mów mi Szczur. Znasz mnie tyl­ko z fo­to­gra­fii, ale to nic, tak wszy­scy mó­wią. Oba­wiam się, że na to nie ma rady. Kie­dy się zresz­tą mia­ło ro­dzi­ców o tak ko­smicz­nych aspi­ra­cjach jak ja, do­pie­ro Szczur za­czy­na brzmieć jako tako…

– Gdzie jest Gi­ba­rian? – spy­ta­łem upar­cie jesz­cze raz. Zamrugał.

– Przy­kro mi, że cię tak przy­ją­łem. To… nie tyl­ko moja wina. Za­po­mnia­łem zu­peł­nie, tu się wie­le dzia­ło, wiesz…

– Ach, w po­rząd­ku – od­par­łem. – Zo­staw­my to. Więc co z Gi­ba­ria­nem? Nie ma go na Sta­cji? Po­le­ciał gdzieś?

– Nie – od­parł. Pa­trzał w kąt za­sta­wio­ny szpu­la­mi ka­bla. – Ni­g­dzie nie po­le­ciał. I nie po­le­ci. Przez to wła­śnie… mię­dzy innymi…

– Co? – spy­ta­łem. Wciąż mia­łem za­tka­ne uszy i zda­wa­ło mi się, że go­rzej sły­szę. – Co to ma zna­czyć? Gdzie on jest?

– Prze­cież już wiesz – po­wie­dział cał­kiem in­nym to­nem. Pa­trzał mi w oczy zim­no, aż prze­szły mnie ciar­ki. Może i był pi­ja­ny, ale wie­dział, co mówi.

– Nie sta­ło się…?

– Sta­ło się.