– Wypadek?
Kiwnął głową. Nie tylko przytakiwał, aprobował zarazem moją reakcję.
– Kiedy?
– Dziś o świcie.
Dziwna rzecz, nie odczułem wstrząsu. Cała ta krótka wymiana monosylabowych pytań i odpowiedzi uspokoiła mnie raczej swoją rzeczowością. Wydało mi się, że pojmuję już jego niezrozumiałe poprzednio zachowanie.
– W jaki sposób?
– Przebierz się, uporządkuj rzeczy i wróć tu… za… powiedzmy, za godzinę.
Wahałem się chwilę.
– Dobrze.
– Czekaj – powiedział, kiedy zwracałem się ku drzwiom. Patrzał na mnie w szczególny sposób. Widziałem, że to, co chce powiedzieć, nie przechodzi mu przez usta.
– Było nas trzech i teraz, z tobą, znowu jest trzech. Znasz Sartoriusa?
– Jak ciebie, z fotografii.
– Jest w laboratorium na górze i nie przypuszczam, żeby wyszedł stamtąd przed nocą, ale… w każdym razie rozpoznasz go. Gdybyś zobaczył kogoś innego, rozumiesz, nie mnie ani Sartoriusa, rozumiesz, to…
– To co?
Nie wiedziałem, czy śnię. Na tle czarnych fal połyskujących krwawo w niskim słońcu usiadł w fotelu z opuszczoną głową jak przedtem i patrzał w bok, na szpule zwiniętego kabla.
– To… nie rób nic.