Solaris
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

– Wypadek?

Kiw­nął gło­wą. Nie tyl­ko przy­ta­ki­wał, apro­bo­wał za­ra­zem moją reakcję.

– Kiedy?

– Dziś o świcie.

Dziw­na rzecz, nie od­czu­łem wstrzą­su. Cała ta krót­ka wy­mia­na mo­no­sy­la­bo­wych py­tań i od­po­wie­dzi uspo­ko­iła mnie ra­czej swo­ją rze­czo­wo­ścią. Wy­da­ło mi się, że poj­mu­ję już jego nie­zro­zu­mia­łe po­przed­nio zachowanie.

– W jaki sposób?

– Prze­bierz się, upo­rząd­kuj rze­czy i wróć tu… za… po­wiedz­my, za godzinę.

Wa­ha­łem się chwilę.

– Dobrze.

– Cze­kaj – po­wie­dział, kie­dy zwra­ca­łem się ku drzwiom. Pa­trzał na mnie w szcze­gól­ny spo­sób. Wi­dzia­łem, że to, co chce po­wie­dzieć, nie prze­cho­dzi mu przez usta.

– Było nas trzech i te­raz, z tobą, zno­wu jest trzech. Znasz Sartoriusa?

– Jak cie­bie, z fotografii.

– Jest w la­bo­ra­to­rium na gó­rze i nie przy­pusz­czam, żeby wy­szedł stam­tąd przed nocą, ale… w każ­dym ra­zie roz­po­znasz go. Gdy­byś zo­ba­czył ko­goś in­ne­go, ro­zu­miesz, nie mnie ani Sar­to­riu­sa, ro­zu­miesz, to…

– To co?

Nie wie­dzia­łem, czy śnię. Na tle czar­nych fal po­ły­sku­ją­cych krwa­wo w ni­skim słoń­cu usiadł w fo­te­lu z opusz­czo­ną gło­wą jak przed­tem i pa­trzał w bok, na szpu­le zwi­nię­te­go kabla.

– To… nie rób nic.