Solaris
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

– Kogo mogę zo­ba­czyć? Du­cha?! – wybuchnąłem.

– Ro­zu­miem. My­ślisz, że zwa­rio­wa­łem. Nie. Nie zwa­rio­wa­łem. Nie po­tra­fię ci tego po­wie­dzieć ina­czej… na ra­zie. Zresz­tą może… nic się nie sta­nie. W każ­dym ra­zie pa­mię­taj. Ostrze­głem cię.

– Przed czym!? O czym ty mówisz?

– Pa­nuj nad sobą – mó­wił upar­cie swo­je. – Za­cho­wuj się, jak­by… bądź przy­go­to­wa­ny na wszyst­ko. To nie­moż­li­we, wiem. Mimo to spró­buj. To je­dy­na rada. In­nej nie znam.

– Ale CO zo­ba­czę!!! – krzyk­ną­łem pra­wie. Le­d­wo po­wstrzy­ma­łem się od po­rwa­nia go za ra­mio­na i po­rząd­ne­go wstrzą­śnię­cia, kie­dy tak sie­dział wpa­trzo­ny w kąt z umę­czo­ną, spa­lo­ną słoń­cem twa­rzą i z wi­docz­nym wy­sił­kiem wy­du­szał z sie­bie po­je­dyn­cze słowa.

– Nie wiem. W pew­nym sen­sie to za­le­ży od ciebie.

– Halucynacje?

– Nie. To jest – re­al­ne. Nie… ata­kuj. Pamiętaj.

– Co ty mó­wisz?! – ode­zwa­łem się nie­swo­im głosem.

– Nie je­ste­śmy na Ziemi.

– Po­ly­the­ria? Ależ one nie są w ogó­le po­dob­ne do lu­dzi! – za­wo­ła­łem. Nie wie­dzia­łem, co ro­bić, żeby go wy­trą­cić z tego za­pa­trze­nia, z któ­re­go zda­wał się wy­czy­ty­wać mro­żą­cy krew w ży­łach bezsens.