Solaris
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

– Le­cisz już, Ke­lvin. Bądź zdrów! – od­po­wie­dział bli­ski głos Mod­dar­da. Za­nim w to uwie­rzy­łem, na wprost mo­jej twa­rzy roz­war­ła się sze­ro­ka szcze­li­na, przez któ­rą zo­ba­czy­łem gwiaz­dy. Na próż­no usi­ło­wa­łem od­szu­kać alfę Wod­ni­ka, ku któ­rej od­la­ty­wał Pro­me­te­usz. Nie­bo tych stron Ga­lak­ty­ki nic mi nie mó­wi­ło, nie zna­łem ani jed­nej kon­ste­la­cji, w wą­skim okien­ku trwał roz­iskrzo­ny kurz. Cze­ka­łem, kie­dy pierw­sza gwiaz­da za­fi­lu­je. Nie do­strze­głem tego. Za­czę­ły tyl­ko słab­nąć i zni­ka­ły, roz­pły­wa­jąc się w ru­dzie­ją­cym tle. Zro­zu­mia­łem, że je­stem już w wierzch­nich war­stwach at­mos­fe­ry. Sztyw­ny, otu­lo­ny pneu­ma­tycz­ny­mi po­dusz­ka­mi, mo­głem pa­trzeć tyl­ko przed sie­bie. Wciąż jesz­cze nie było ho­ry­zon­tu. Le­cia­łem i le­cia­łem, wca­le tego nie czu­jąc, tyl­ko po­wo­li, pod­stęp­nie cia­ło moje ob­le­wał żar. Na ze­wnątrz zbu­dził się ci­chy, prze­ni­kli­wy świer­got jak­by me­ta­lu po mo­krym szkle. Gdy­by nie cy­fry wy­ska­ku­ją­ce w otwo­rze wskaź­ni­ka, nie zda­wał­bym so­bie spra­wy z gwał­tow­no­ści upad­ku. Gwiazd już nie było. Prze­zier­nik wy­peł­nia­ła ruda ja­sność.