Solaris
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Sły­sza­łem cięż­ki chód wła­sne­go tęt­na, twarz pa­li­ła, na kar­ku czu­łem zim­ny po­wiew kli­ma­ty­za­to­ra; ża­ło­wa­łem, że nie uda­ło mi się zo­ba­czyć Pro­me­te­usza – mu­siał być już poza za­się­giem wi­docz­no­ści, kie­dy au­to­ma­tycz­ne urzą­dze­nie otwar­ło przeziernik.

Za­sob­nik za­dy­go­tał raz i dru­gi, za­wi­bro­wał nie­zno­śnie, drże­nie to prze­szło przez wszyst­kie po­wło­ki izo­la­cyj­ne, przez po­wietrz­ne po­dusz­ki i wtar­gnę­ło w głąb mego cia­ła – se­le­dy­no­wy kon­tur wskaź­ni­ka roz­ma­zał się. Pa­trza­łem na to bez stra­chu. Nie przy­le­cia­łem z tak da­le­ka, aby zgi­nąć u celu.

– Sta­cja So­la­ris – po­wie­dzia­łem. – Sta­cja So­la­ris, Sta­cja So­la­ris! Zrób­cie coś. Zda­je się, że tra­cę sta­bi­li­za­cję. Sta­cja So­la­ris, tu przy­bysz. Odbiór.