Artykuł nie obliguje państw członkowskich do natychmiastowego wysłania wojsk. Uznaje jednak, że napaść na jednego członka NATO jest napaścią na wszystkich, i zobowiązuje inne państwa do udzielenia mu niezwłocznej pomocy. Mają to uczynić stosownie do własnej oceny sytuacji. Nie ma tu jednak mowy o tym, że pomoc jest zależna od poziomu wydatków na zbrojenia, jaki przywódca innego kraju członkowskiego uzna za stosowne. Taki zapis nie tylko wprowadzałby podział na członków lepszej i gorszej kategorii, lecz także dopuszczał całkowitą arbitralność. A właśnie w tym kierunku chciał popchnąć Sojusz amerykański prezydent – otwarcie przyznał, że jeśli jakiś rząd przeznacza zbyt małe środki na obronność, to Stany Zjednoczone, najpotężniejsze państwo NATO, pomocy nie udzielą. Skąd o tym wiemy?