I głęboko dumał nad tym, czego słuchał na zajęciach u Archera Sloane’a, jak gdyby w suchym wywodzie podawanym bez emocji kryła się jakaś podpowiedź, wskazówka na życie, którą mógłby się kierować; pochylał się nad pulpitem niewygodnego, zbyt wąskiego krzesła, tak mocno trzymając się jego brzegów, że skóra na kłykciach biało mu się odcinała na tle stwardniałych opalonych dłoni; marszczył brwi z przejęcia i przygryzał dolną wargę. Im rozpaczliwiej Stoner i jego koledzy z grupy wsłuchiwali się w słowa wykładu, tym wyraźniej wybijała się pogarda w głosie Sloane’a. Aż pewnego razu pogarda przeszła we wściekłość i skupiła się na jednym tylko Williamie Stonerze.
Zdążyli omówić dwie sztuki Szekspira, a pod koniec tygodnia zabrali się do sonetów. Studenci siedzieli niepewni, spięci i w lekkim popłochu przed tym nonszalancko snującym się panem, który popatrywał na nich zza katedry. Przeczytawszy na głos sonet siedemdziesiąty trzeci, Sloane obrzucił salę badawczym spojrzeniem i zacisnął usta w ponurym uśmiechu.
– O czym jest ten sonet? – spytał i zawiesił głos, spoglądając na słuchaczy i złośliwie licząc na brak odpowiedzi. – Może pan Wilbur nam powie?
Cisza.
– Pan Schmidt?