Stoner
John Williams — Literatura piękna

Do Williama Stonera dotarło tymczasem, że wstrzymał oddech już kilka chwil temu. Wolno wypuścił powietrze, czując wyraźnie, jak ubranie się porusza na jego klatce piersiowej. Oderwał spojrzenie od Archera Sloane’a i rozejrzał się po sali. Światło wpadało przez okna ukośnie, osiadając na twarzach współsłuchaczy, jak gdyby biło z ich wnętrza, przełamując półmrok; kiedy któryś student mrugnął, cień cieniutkich rzęs padł mu na meszek policzka jaśniejący w słońcu. Stoner poczuł, że jego pięści wypuszczają pulpit z mocnego uścisku. Obracał dłońmi, żeby się im przyjrzeć, zdziwiony brązem ich skóry i zachwycony wykrojem paznokci na tle krągławych opuszek; miał przy tym wrażenie, że wyczuwa obieg krwi w swoich wąskich żyłach i drobnych tętnicach; krew łagodnie pulsowała, rozlewając się ukradkiem przez palce na całe ciało.

Sloane znów się odezwał:

– Co on panu mówi? O czym jest ten sonet?

Oczy Stonera dopiero po chwili wolno się podniosły.

– Jest o… – odpowiedział i troszeczkę uniósł ręce. Patrzył jak przez mgłę, szukając spojrzeniem postaci Archera Sloane’a. – Jest o… – powtórzył i nie wiedział, jak dokończyć.

Sloane przyjrzał mu się ciekawie, po czym kiwnął głową i powiedział do studentów: