Stoner
John Williams — Literatura piękna

Kiedy wszedł do środka, poczuł po zimowym chłodzie nagły przypływ ciepła. Szare światło poranka wpadało do wewnątrz przez okna i drzwi z szybami po obydwu stronach holu, więc żółte płytki podłogi roztaczały więcej blasku niż blade żarówki w górze, a spore filary z drewna dębowego i nieodnawiane ściany błyszczały w półmroku. Od podłogi dochodziło szuranie butami, a przestronność wnętrza tłumiła pomruki rozmów; przyćmione sylwetki poruszały się powoli, łącząc się w grupki i rozchodząc; pośród duchoty odznaczał się zapach farby olejnej na ścianach wraz z wonią wilgotnych wełnianych ubrań. Stoner udał się na piętro marmurowymi gładkimi schodami i stanął przed biurem Archera Sloane’a. Zapukał do drzwi, usłyszał głos zza nich, wszedł.

Gabinet był długi i wąski, a światło wpadało tylko jednym oknem gdzieś na szarym końcu. Regały pełne książek pięły się aż do sufitu. Przy oknie wstawiono biurko, przed którym, ciemno się rysując na tle słonecznej poświaty, bokiem zwrócony do drzwi, siedział Archer Sloane.

– Dzień dobry panu – powiedział oschle i podniósł się lekko, wskazując gościowi krzesło z siedzeniem obitym skórą, które stało naprzeciwko.

Stoner usiadł na nim.