Stoner
John Williams — Literatura piękna

– Przepraszam, że nie mówiłem. Już zeszłego lata mogłem wam powiedzieć albo chociaż dzisiaj rano.

Twarze rodziców, oświetlone światłem lampy, były puste, bez wyrazu.

– W sensie że nie wracam na wieś.

Nikt się nie poruszył. Odezwał się ojciec:

– Zrób, co masz tu do zrobienia, rano pojedziemy z mamą, a ty dojedź, jak załatwisz.

Stoner potarł twarz wnętrzem dłoni.

– Ale… nie rozumiesz. Chodzi mi o to, że ja już nigdy nie wrócę.

Ojciec zacisnął dłonie na kolanach i aż cofnął się na krześle.

– Masz jakieś kłopoty? – spytał.

Stoner się uśmiechnął.

– Nie, nie, wszystko dobrze. Tylko postudiuję jeszcze dwa albo trzy lata.

Ojciec kręcił głową.

– Przecież już dostałeś dyplom. I agronom mówił, że studia z rolnictwa to są cztery lata.

Stoner próbował wytłumaczyć ojcu, na czym to wszystko polega i dlaczego to jest zaszczyt zostać na uczelni. Słuchał, jak słowa wychodzą mu z ust i wydają się obce, jakby nie on mówił, i widział po twarzy ojca, że trafiają do niego tak jak ciosy pięścią wymierzone w kamień. William, skończywszy przemowę, usiadł z dłońmi splecionymi między kolanami i spuszczoną głową. Słuchał cichości pokoju.