William popatrzył na matkę.
– Mamo?
– Słuchaj się ojca – powiedziała zgasłym głosem.
– Mam jechać? – zapytał, jakby licząc, że zaprzeczą. – Naprawdę?
Ojciec wiercił się na krześle. Spojrzał na swoje olbrzymie paluchy i na brud pod paznokciami już nie do wymycia. Splótł i uniósł dłonie niczym do modlitwy.
– Ja szkół nie kończyłem – rzekł, patrząc sobie na ręce. – Po szóstej klasie poszedłem na rolę. Nie chciałem się uczyć. A teraz to sam już nie wiem. Ziemia coraz bardziej sucha, ciężej się uprawia. Nie rodzi jak kiedyś, kiedy byłem mały. Agronom powiedział, że znają nowe sposoby i uczą tego na studiach. Może dobrze mówi. Czasem przy robocie myślę… – zawiesił głos. Ścisnął i opuścił dłonie. – Myślę sobie… – Skrzywił się na widok swoich własnych palców. – Idź się uczyć od jesieni. O nas nic się nie martw.
To była najdłuższa wypowiedź ojca, jaką Stoner w życiu słyszał. Jesienią pojechał do miasta Columbia i zapisał się na pierwszy rok studiów na kierunku rolnictwo.