Przywitano go skinieniem głowy i uważnie obejrzano. Stoner stał przez chwilę w progu, zupełnie nie wiedząc, co ze sobą zrobić, aż Jim Foote zaprosił go gestem do środka, do niewielkiej ciemnej sieni pełnej wyściełanych mebli i bibelotów na lśniących mętnie stolikach. Wszedł, ale nie usiadł.
– Jadłeś już kolację? – zapytał go Foote.
– Jeszcze nie, proszę pana – odpowiedział Stoner.
Pani Foote’owa kiwnęła na niego palcem i po cichu wyszła. Stoner ruszył za nią przez pokoje w stronę kuchni, gdzie mu pokazała, by usiadł przy stole. Postawiła przed nim pełen dzbanek mleka i ostygłe kawałki chleba kukurydzianego. Wypił parę łyków, ale chleba do ust nie wziął, bo nie przełknąłby z przejęcia.
Foote wszedł do kuchni i stanął przy żonie. Był niskim mężczyzną, miał nie więcej niż metr sześćdziesiąt wzrostu, wychudłą twarz i spiczasty nos. Ona za to była tęga i o dziesięć centymetrów wyższa. Patrzyła zza okularów bez oprawek, zaciskając wąskie usta. Stali tak oboje, łapczywie się przyglądając, jak Stoner popija mleko.
– Jeść i pić dać bydłu i nakarmić świnie rano – odezwał się nagle Foote.
Stoner spojrzał z pustką w oczach.
– Co?