Stramer
Mikołaj Łoziński — Literatura piękna

– Pracuję cały czas, więc nie mam czasu zarabiać – tłumaczył żonie.

I czekał. Czekał, czekał, czekał. Aż trafi się dobry interes. Interes, który zmieni życie rodziny Stramerów. Wyniesie ich z jednopokojowego mieszkania z małą kuchnią na parterze na samym końcu ulicy Goldhammera, uniesie wysoko w górę i opuści dopiero na najwyższych piętrach kamienic z kolorowymi witrażami na klatkach schodowych, w eleganckiej polsko-żydowskiej dzielnicy, najlepiej w pobliżu przystanku linii tramwajowej, z której Tarnów był tak dumny. W jednym z tych przestronnych, wielopokojowych i wysokich mieszkań z toaletą i łazienką z bieżącą wodą, ze światłem elektrycznym i ukwieconym balkonem.

Był krótki czas, kiedy wydawało się, że to się spełni. Kupił akurat niedrogo cały wagon kalafonii. Powiedziano mu, że używają jej skrzypkowie do smarowania włosia smyczków. Skąd miał wiedzieć, że w Tarnowie jest tak niewielu skrzypków? W końcu sam dokupił skrzypce ze smyczkiem i kazał Salkowi, o którym Rywka mówiła, że ma piękne, długie palce, na nich grać.