Stramer
Mikołaj Łoziński — Literatura piękna

Tego wieczora pierwszy raz zamiast chwycić za pas, chwycił za smyczek. Przynajmniej na coś się przyda! I rzeczywiście tak było. Nie musiał wcale mocno uderzać, a Salek wydawał odgłosy podobne do tych, które jeszcze przed chwilą, w czasie „małego koncertu”, sam wydobywał ze swoich skrzypiec.

W pracy, za kasą w żydowskiej rzeźni, Nathan też czekał na interes życia. Dlatego zdarzało mu się w ferworze myśli, planów i drobiazgowo wyliczonych przyszłych zysków źle wydać klientom resztę.

– Shit – mówił, jeśli pod koniec dnia brakowało pieniędzy w kasie.

Ale zdarzało się też, że pieniędzy było za dużo. Wtedy nic nie mówił, tylko dyskretnie chował różnicę do kieszeni spodni.

Mam dzieci – myślał.

Kiedy przychodził wreszcie ten odpowiedni moment, miał ochotę biec z pracy do domu. Po drodze robił zakupy. W domu nie siadał ani na chwilę. Pomagał Rywce przygotowywać jedzenie. W czasie kolacji wypytywał dzieci, co słychać w szkole. Inna sprawa, że nie miał cierpliwości słuchać. Ale przynajmniej zapytał – myślała Rywka. Potem prosił ją, żeby usiadła sobie i odpoczęła. Sam zbierał talerze, podwijał rękawy koszuli i zmywał naczynia w miednicy.