Stramer
Mikołaj Łoziński — Literatura piękna

Nathan w momencie płacenia poczuł się nawet przez chwilę jak oszust. Może powinien coś jeszcze dorzucić temu nieszczęsnemu sprzedawcy z Kołomyi albo przynajmniej zaprosić go na obiad? Ale zaraz to uczucie ustąpiło miejsca żalowi, że sprzedawca nie ma więcej towaru na sprzedaż. Więc może jednak nie warto.

Tak Nathan odpowiadał w myślach na pytanie, którego nie zadała mu Rywka.

Siedzieli naprzeciwko siebie przy lekko chyboczącym się kuchennym stole, podłoga była nierówna, a drewienko musiało znowu wypaść spod stołowej nogi. Nathan jak zwykle próbował butem wsunąć je z powrotem. Nie udało się, więc się pochylił, znalazł szczapkę i włożył na miejsce. Jutro rano, jak zrobi się jasno, wreszcie oczyści ją i przyklei – postanowił.

Oboje wiedzieli, że żadne z jego tłumaczeń jej nie przekona, i pewnie dlatego rozmawiali ze sobą bez słów. A może po prostu nie chcieli obudzić dzieci? Tylko patrzyli na siebie, ale Nathanowi i tak przez moment wydawało się, że w jasnych oczach Rywki zamiast jednej świeczki, która paliła się na stole, widzi tysiąc, które kupił bez knotów.