Znał się tam każdy z każdym, każdy z każdym też próbował życie poznać. Jak się jakaś gałąź złamała od wiatru w nocy, to było wydarzenie. Więc sobie możesz wyobrazić, co się stało, jak się zjawiła ona.
Nowa dziewczyna we wsi. Nikt nie znał, nikt nie wiedział, skąd się wzięła. Nieprzyjezdna raczej, bo wiedziała, gdzie iść i po co z krowami. A przyszła jak na swoje.
Lubiła, jak się mówiło do niej Żerka. To zawsze mówiłem po imieniu, jak już je poznałem. A tamto, nie, to od nazwiska, Żerkowska. Myślałem, że wiesz.
Jak ją pierwszy raz zobaczyłem, wszędzie jej było pełno, choć nie było jej nigdzie. A może właśnie dlatego. Jakby nas i nasze sznurki widziała, jakby nami dyrygowała, ale jednocześnie jakby nikogo nie dostrzegała.
Przyszła, ty tu, ty tam. Tutaj będzie miejsce dla moich krów. Nie dla krów ojca czy matki, jej. Taka zawsze była, jakby uznawała, że wszystko dla niej, cały świat dla niej.
– A ty, z tymi kozami – odezwała się do mnie.