Światłoczułość
Jakub Jarno — Literatura piękna

Znał się tam każdy z każ­dym, każdy z każ­dym też pró­bo­wał ży­cie po­znać. Jak się ja­kaś ga­łąź zła­mała od wia­tru w nocy, to było wy­da­rze­nie. Więc so­bie mo­żesz wy­obra­zić, co się stało, jak się zja­wiła ona.

Nowa dziew­czyna we wsi. Nikt nie znał, nikt nie wie­dział, skąd się wzięła. Nie­przy­jezdna ra­czej, bo wie­działa, gdzie iść i po co z kro­wami. A przy­szła jak na swoje.

Lu­biła, jak się mó­wiło do niej Żerka. To za­wsze mó­wi­łem po imie­niu, jak już je po­zna­łem. A tamto, nie, to od na­zwi­ska, Żer­kow­ska. My­śla­łem, że wiesz.

Jak ją pierw­szy raz zo­ba­czy­łem, wszę­dzie jej było pełno, choć nie było jej ni­g­dzie. A może wła­śnie dla­tego. Jakby nas i na­sze sznurki wi­działa, jakby nami dy­ry­go­wała, ale jed­no­cze­śnie jakby ni­kogo nie do­strze­gała.

Przy­szła, ty tu, ty tam. Tu­taj bę­dzie miej­sce dla mo­ich krów. Nie dla krów ojca czy matki, jej. Taka za­wsze była, jakby uzna­wała, że wszystko dla niej, cały świat dla niej.

– A ty, z tymi ko­zami – ode­zwała się do mnie.