Siedziałem na wygryzionej trawie, patrzyłem na nią i próbowałem dojść, czego ode mnie chce. Co ja z tymi kozami? Wszystkich już rozdzieliła jak generał przed bitwą, nie miałem nawet gdzie się ruszyć.
– No, ja – odparłem.
– Czego się gapisz jak marynowane ciele na wrota?
Najpierw tylko się skrzywiłem, bo i co tu odpowiedzieć? Potem uznałem, że może coś jednak trzeba.
– Gapić się można jak ciele, ale na malowane wrota.
– Mówi tak kto?
– Ja.
– I co ma mnie to obchodzić?
Pytanie było nader celne, żebym się od niego uchylił. Potem przez kilka dni przychodziły mi na myśl odpowiedzi, ale było na nie już o kilka dni za późno. Wtedy tylko siedziałem, jak to marynowane ciele, i patrzyłem na nią.
– Chciałaś coś ode mnie czy nic? – odezwałem się.
Ręce trzymała na biodrach, podpierając się, jakby się do czegoś przygotowywała. Jakby zaraz miała to zrobić.
– Nic – odparła.