Światłoczułość
Jakub Jarno — Literatura piękna

Po­tem ode­szła, zo­sta­wia­jąc mnie z tym „nic”. Ta­kie nic ni­gdy nie jest pu­ste. Sie­dzia­łem tam długo i za­sta­na­wia­łem się, co w nim jest. A pewny tylko by­łem, że jest dużo. Wię­cej, niż mógł­bym zro­zu­mieć, bo tylko ona jedna wie­działa, co ta­kie nic ozna­cza.

Pa­trzy­łem to na nią, to na te krowy, z któ­rymi przy­szła. Za­sta­na­wia­łem się, skąd się wzięła, dla­czego z ni­kim się nie przy­wi­tała, czemu aku­rat do mnie po­de­szła i co chciała. Nie wy­glą­dało, żeby miała mi to kie­dyś wy­ja­śnić.

Cho­dziła wo­kół, spraw­dzała, czy krowy przy­wią­zane, jakby chciały gdzie uciec, tylko się z tym za­mia­rem nie ob­no­siły. Po­tem znów pa­trzyła na moje kozy. Ani razu na mnie, za­wsze na te kozy, niby to je chciała usta­no­wić na­szymi po­śred­ni­kami.

W końcu się pod­nio­słem, otrze­pa­łem spodnie. Nie po­dejdę te­raz, to nie po­dejdę ni­gdy, uzna­łem w du­chu.

Ale na­wet jak sta­ną­łem przed nią, zda­wało mi się przez ten jej za­wie­szony gdzieś da­leko wzrok, że mnie tu nie ma. Wie­dzia­łem, że mu­szę się ode­zwać. Tre­ści­wie. Za pu­sto­sło­wie tylko by mnie po­go­niła, tak jak od­ga­niała mu­chy, co pró­bo­wały uprzy­krzać wy­pas jej zwie­rzę­tom.