Potem odeszła, zostawiając mnie z tym „nic”. Takie nic nigdy nie jest puste. Siedziałem tam długo i zastanawiałem się, co w nim jest. A pewny tylko byłem, że jest dużo. Więcej, niż mógłbym zrozumieć, bo tylko ona jedna wiedziała, co takie nic oznacza.
Patrzyłem to na nią, to na te krowy, z którymi przyszła. Zastanawiałem się, skąd się wzięła, dlaczego z nikim się nie przywitała, czemu akurat do mnie podeszła i co chciała. Nie wyglądało, żeby miała mi to kiedyś wyjaśnić.
Chodziła wokół, sprawdzała, czy krowy przywiązane, jakby chciały gdzie uciec, tylko się z tym zamiarem nie obnosiły. Potem znów patrzyła na moje kozy. Ani razu na mnie, zawsze na te kozy, niby to je chciała ustanowić naszymi pośrednikami.
W końcu się podniosłem, otrzepałem spodnie. Nie podejdę teraz, to nie podejdę nigdy, uznałem w duchu.
Ale nawet jak stanąłem przed nią, zdawało mi się przez ten jej zawieszony gdzieś daleko wzrok, że mnie tu nie ma. Wiedziałem, że muszę się odezwać. Treściwie. Za pustosłowie tylko by mnie pogoniła, tak jak odganiała muchy, co próbowały uprzykrzać wypas jej zwierzętom.