Dbała o nie, dało się to widzieć od razu. Łajno z nich pościągała, raciczki im poprzycinała. Były zadbane lepiej niż wiele takich, co widywałem na pasionce. Lepiej niż ona sama, jakby były ważniejsze.
– Co tu robisz? – zapytałem.
– A nie widzisz?
– Widzę tylko, że pasiesz krowy.
– To co ci więcej trzeba wiedzieć?
Nerwowy się zrobiłem, a mój głos wybrzmiewał jakby nie ze mnie, ale obok mnie. Nie wiadomo skąd, nie wiadomo czyj. Pożałowałem, że tego, kto go z siebie dobywa, nie stać na nic więcej.
Nie pogoniła mnie jednak, to spróbowałem jeszcze raz.
– Ale skąd się wzięłaś?
– A co ci do tego?
Zamilkłem na moment. Czułem, że się usprawiedliwić muszę, choć nie mam przecież powodu.
– Pytam, bo przyszłaś.
Dalej na mnie nie patrzyła, jakby chciała pokazać, że wszystkie odpowiedzi powinienem już skądś znać, zamiast niepotrzebnie zawracać jej głowę. Zawsze taka była. Denerwowała się, jak musiała mówić to, co oczywiste. Tyle że to, co dla niej takie było, dla innych najczęściej nie.
– Przyszłam, to przyszłam – odparła. – Zaraz pójdę.
– Ale dokąd?
Wzruszyła chudymi ramionami.
– Wrócisz?