Swoją drogą
Tomasz Michniewicz — Książki podróżnicze i przewodniki

– Nie.

– Zapłacić karę?

– Tak.

– Jak dużą?

Inspektor wciągnął powietrze nosem, pogładził zaczeskę, a potem otworzył szufladę biurka i wyjął z niej kartkę oraz długopis. Cisnął je przede mnie i wycedził przez zęby:

– Najpierw pisz.

Gorączkowo próbowałem wymyślić jakieś wyjście z sytuacji, ale wszystko po kolei zawodziło. Nie pozwolili mi zadzwonić do ambasady, która zresztą i tak wiele by nie zdziałała ze swojej placówki w Bangkoku. Nie pozwolili mi powiadomić znajomych ani zapoznać się z przepisem, na podstawie którego mnie zatrzymali. Nie zgodzili się na tłumacza, który wytłumaczyłby mi jakoś bardziej przejrzyście, o co chodzi. Nie zgodzili się na nic. W tym scenariuszu miałem tańczyć, jak mi zagrają, i w finale znaleźć się dokładnie w tym miejscu, które zostało dla mnie przewidziane. Nikt mi tylko nie chciał zdradzić, co to za miejsce.

Z braku lepszego pomysłu grałem więc na czas, na zmęczenie materiału, chociaż to teoretycznie działało na moją niekorzyść. Minęły już ze dwie godziny i nie posunąłem się naprzód nawet o milimetr. Gdy tylko widziałem jakieś światełko w tunelu, wracaliśmy do tego samego: napisz oświadczenie, a potem dowiesz się, co dalej.