W ten sposób przebrnęliśmy przez oznajmienie, iż nie wynajęliśmy lokalnego przewodnika, że przyjechaliśmy tego i tego dnia, a wyjechać mamy zamiar tego i tego. Potem w wersji inspektora widniało, że pokazywałem grupie buddyjskie świątynie, a w mojej, że rozmawialiśmy o buddyzmie. A potem inspektor nawet nie spojrzał na kartkę i powiedział:
– Podpisz.
Podpisałem.
– Daj kciuk.
Dałem. Został umoczony w czerwonym tuszu i odbity na kartce kilka razy. Inspektor wyraźnie się rozluźnił, co nigdy nie jest dobrym znakiem. Poczułem w żołądku wielką ołowianą kulę, a gardło ścisnęło mi się jak w za ciasnej koszuli na maturze z geografii. Krew huczała w uszach.
– Dobrze – zaczął z ironicznym uśmiechem starego wyjadacza inspektor. – Więc ustaliliśmy, że byłeś w świątyni z grupą i akceptujesz, że popełniłeś błąd, nie wynajmując przewodnika.