Swoją drogą
Tomasz Michniewicz — Książki podróżnicze i przewodniki

Strzelił palcami i zza moich pleców wyskoczyła ręka ze skoroszytem wypchanym papierami. Inspektor poślinił palec i niespiesznie zaczął przerzucać kartki. Wyjął jedną ze środka i położył ją przede mną. Była to sfatygowana kserokopia jakiegoś urzędowego dokumentu. Czerwonym flamastrem ktoś zaznaczył punkt numer siedemnaście, a pod spodem widniały ledwo widoczne pieczątki. Całość spisano w laotańskim alfabecie, więc nie rozumiałem ani słowa. Gdzieniegdzie rozpoznawałem tylko arabskie cyfry, sto tysięcy, a potem dwieście.

Jak pragnę zdrowia, w życiu nie poczułem takiej ulgi.

Wszystko stało się jasne w mgnieniu oka. W ten oto pokrętny sposób słabo opłacana policja wymusza łapówki, bo jak w każdym socjalistycznym kraju, w Laosie się nie przelewa i budżetówka widać cierpi na chroniczny brak żołdu. Toż to tylko o pieniądze im chodzi! A ja tu już rozważałem scenariusze z dożywociem, snułem jakieś fatalistyczne wizje, widziałem się w rynsztoku, bez górnych siekaczy i w samych majtkach, broczącego krwią, zapłakanego i zbezczeszczonego fizycznie. Strach ma jednak wielkie oczy.