Odetchnąłem spokojniej, krew wróciła do zwyczajowego obiegu, ręce przestały się tak makabrycznie trząść. Jesteśmy w domu. Ile to jest dwieście tysięcy laotańskich kipów? Dwadzieścia dolarów? Phi, dam radę, nie było po co tak panikować.
– No więc, inspektorze, co tu jest napisane? – spytałem pewnie, wiedząc, jaką usłyszę odpowiedź.
– Tu, w artykule numer siedemnaście, jest wyraźnie napisane, że obcokrajowiec za takie przestępstwo płaci dwa tysiące dolarów – odpowiedział inspektor z twarzą pokerzysty.
Zakręciło mi się w głowie. Dobrze, że siedziałem, bo niechybnie bym się przewrócił. Spojrzałem raz jeszcze na kartkę. Faktycznie, to nie było dwieście, tylko dwa tysiące, ale tylko tyle rozumiałem, to mógł być równie dobrze dokument dotyczący kwestii przewozu bydła przez granicę z Kambodżą.
– Płać – polecił cicho inspektor, a każda głoska aż ociekała jadem.
W pokoju zaległa cisza.
– A skąd ja mam niby wytrzasnąć tyle pieniędzy? – spytałem słabym głosem.
– A to już jest twój problem, chłoptasiu.