Inspektor był zawodowcem, to było jasne jak słońce. Uderzał prosto w najgorsze lęki białych turystów i uderzał skutecznie. Gdybym był w Azji pierwszy raz, zapłaciłbym już godzinę wcześniej, choćbym miał zaciągnąć kredyt. Ale z moich poprzednich doświadczeń z tym kontynentem wyniosłem jedną naukę. Otóż w Azji wszystko jest negocjowalne.
Te dwa tysiące dolarów to była pozycja startowa inspektora. To jest kwota duża nawet dla nas, przyjezdnych. W Laosie to jest kwota niewyobrażalna. Nie liczył więc chyba serio na to, że ją uzyska. Pozostała kwestia zbicia jej do założonego przez inspektora minimum, z nadzieją, że minimum jest ustawione na akceptowalnym poziomie.
Poczułem się cokolwiek pewniej na znanym terytorium i szykowałem się do precyzyjnej kontrofensywy. Zanim jednak zdążyłem otworzyć usta, inspektor mnie uprzedził, wistując bez żenady:
– Słuchaj no, te dwa tysiące to jest oficjalna taryfa. Ale my tu mamy taką lokalną politykę, że to może być również jakaś mniejsza kwota. Mogę poprosić kapitana, żeby była zniżka.
– Jak duża?
– Musisz coś sam zaproponować.