Swoją drogą
Tomasz Michniewicz — Książki podróżnicze i przewodniki

– Panie inspektorze – chwyciłem się ostatniej deski ratunku. – Proszę mnie natychmiast zaprowadzić do kapitana, który podejmuje decyzję o zniżce.

Zapadła cisza, tego się chyba nie spodziewali. Inspektor się pochylił, krzesło zaskrzypiało.

– To ja jestem tym kapitanem.

No tego to ja się nie spodziewałem.

Teraz już było jasne, że to szwindel ustawiony przez cały posterunek, maszynka do obrabiania turystów. Temat tego mitycznego departamentu wracał jak bumerang, grając rolę straszaka. Na bank żadnego departamentu nie było i nie mieliby nawet dokąd tego mojego paszportu wysłać, ale policja ma aż nadto sposobów, żeby zatrzymać moje dokumenty pod dowolnym pretekstem i usadzić mnie na kilka dni. Przerżnąłem na całej linii, nie miałem stąd łatwego wyjścia. Podjąłem po cichu decyzję, podniosłem głowę i powiedziałem spokojnie:

– Nie mam, panowie, takich pieniędzy i znikąd ich nie zdobędę. Nie mogę zapłacić, wysyłajcie sprawę do departamentu.

Va banque, trudno, raz kozie śmierć.

– W porządku – odpowiedział inspektor-komendant i machnął na młodziana.