Swoją drogą
Tomasz Michniewicz — Książki podróżnicze i przewodniki

Chłopak rzucił na stół mój paszport i wyciągnął z biurka urzędową kopertę z czerwonym paskiem. Patrzyłem z rosnącym niepokojem, jak pieczołowicie składa moje oświadczenie, pakuje wszystko do koperty i zaczyna ją adresować. Wymienili kilka uwag, inspektor coś rzucił do tajniaka stojącego w drzwiach, a ten znów wyciąga kajdanki. Żadnego pola manewru, nic. Żadnej instancji odwoławczej, żadnych praw, żadnego telefonu. Albo grają do ostatniego gwizdka, albo się srogo przeliczyłem i oto wpadam z głową w dół z nieczystościami. Zacząłem coś tam stękać, podając jednocześnie ręce do skucia, że nie mam takich pieniędzy, że może mogę pożyczyć, ale nie więcej niż cztery stówy. Inspektor tylko machnął ręką, że już nie ma o czym gadać i kieruje się do wyjścia, zostawiając papierkową robotę podwładnym. Ale w drzwiach rzucił przez ramię niezwykle cicho coś o zniewadze i czterystu, a potem coś o sześciuset.

Uchwyciłem się tego zębami. Już nawet nie pamiętam oracji, jaką musiałem wtedy wygłosić, ale jej skutek był taki, że inspektor wolnym krokiem wrócił na swoje krzesło i znów mi się przyglądał z nieprzeniknioną, kamienną fizis.