Puste miasto tonęło w żółtym świetle latarń. Minęliśmy małą restaurację rozbrzmiewającą starym przebojem Chucka Berry’ego. Przed wejściem kilkanaście par tańczyło rock and rolla w strojach z epoki, w skarpetach w kolorowe paski i kapeluszach, i w samych koszulach, na przekór zimnu.
Kierowca nieustannie narzekał, jak to się wszystko zmienia i jak to teraz ciężko w życiu. Stały repertuar, wszyscy go znamy.
– A pan, szanowny panie, to ile ma lat?
– Trzydzieści.
– Ojojoj, to ja mam czterdzieści trzy lata więcej!
– Wnioskując z pańskiej energii, to jeszcze sporo przed panem.
– No nie wiem… Pan to jest jeszcze młody, ja to już jestem po kolacji…
– Wie pan, to tylko kwestia nastawienia – odpowiedziałem.
– Możesz się pan nastawiać, jak się panu żywnie podoba, ale jak przyjdzie zawał, to i tak się pan przekręcisz.
– Ale do tego czasu jeszcze wiele pan może zdziałać.
– A co ja tam mogę… Jeżdżę, panie, po tej Warszawie całe dnie, całe noce. Do pierwszego ledwo starcza, siły nie ma…
Patrzyłem przez okno, słuchając w milczeniu. Bombki zawieszone na latarniach kołysały się szarpane coraz silniejszym wiatrem.
– A pan czym się zajmuje, jeśli można wiedzieć? – podjął kierowca po chwili.