O to, dlaczego zajmował tylko stanowisko wicedyrektora, a dyrektorem mianowano tę marionetkę z więzienia w Halden, można było pytać jedynie Radę Zatrudnienia, niech ją jasny szlag... Owszem, umiał się postawić i nie był typem, który liże tyłki politykom, pochwalając każdą kolejną genialną reformę więziennictwa wprowadzaną jeszcze przed zrealizowaniem poprzedniej. Ale znał się na swoim fachu i potrafił utrzymać skazanych za kratkami, stosując metody, od których nie chorowali, nie umierali ani też nie stawali się wyraźnie gorszymi ludźmi. Zachowywał też lojalność wobec osób, które na nią zasługiwały, i potrafił zadbać o swoich. To było więcej, niż dałoby się powiedzieć o tych na samej górze w zgniłej na wskroś hierarchii polityków. Zanim doszło do tego oczywistego pominięcia, Arild Franck w jakimś momencie wyobrażał sobie swoje nieduże popiersie ustawione w foyer po jego odejściu, chociaż żona powiedziała mu, iż nie jest pewne, czy jego pozbawiony szyi tors, twarz przypominająca buldoga i pożyczka z cienkich włosów nadają się na pomnik. Ale jeśli człowiek nie dostanie tego, na co zasłużył, musi to sobie wziąć sam – taka była jego opinia w tej sprawie.