Szaleństwo i śmierć spłyną z gór
Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński, Maryla Szymiczkowa — Literatura

Prolog

Ponad nędzą kamienistych poletek i chat przyklejonych do ziemi bodaj na słowo góralskiego honoru, ponad rozpaczą beznadziejną krzywych rozstajnych kapliczek i górskich cmentarzyków, gdzie jarzębina tylko purpurę korali na opuszczone groby w noc zaduszną rzuca, niósł się rozpaczliwy jęk smreków bijących pokłony pod grozą halnego. Z turni wzniosłych, stromych, okrytych wyiskrzoną bielą, a przywodzących na myśl pienistą grzywę niebosiężnej kamiennej fali zastygłej ponad zatrwożoną doliną, schodził ten wiew dziki, ciepły niby a bezlitosny, w ciemnię kosodrzewiny i niżej w biel mgieł, w dole zaległych. Wtórował mu wieczyście młodzieńczy, krzepki huk walących się z gór potoków, jakby sam Berlioz dyrygował dwiema skłóconymi ze sobą gigantycznymi orkiestrami.

Po chatach, pensjonatach i sanatoriach wiatr wprawiał w miłosne drżenie co silniejszych gruźlików, co słabszych przyprawiał o obłęd i iście tyfusową gorączkę, a tych, którzy stali na krawędzi śmierci, popychał lekko w jej czarną rozpadlinę, tak że marli dziesiątkami, zostawiając gaździnom przywiezione z miasta barometry, czerwone lampiony z chińskiej bibułki i przedmiot szczególnego tutaj pożądania: parasole.