Lily lubiła chodzić codziennie o zmierzchu na ten róg w Parque Salazar obsadzony palmami, floripondios i dzwonkami, gdzie z murku z czerwonej cegły patrzyliśmy na całą zatokę Limy, tak jak patrzy na morze kapitan statku z mostka. Kiedy niebo było bezchmurne – a przysiągłbym, że owego lata stale takie było i słońce świeciło nad Miraflores niezawodnie każdego dnia – widać było hen, na horyzoncie, na krańcach oceanu, tonącą w wodach Pacyfiku czerwoną słoneczną tarczę, płonącą, wysyłającą pożegnalne promienie i błyski, wyglądające jak ogień z odległego działa. Na buzi Lily malowała się wówczas taka sama skupiona żarliwość, z jaką szła do komunii na południowej mszy w kościele parafialnym w Parque Central, ze wzrokiem utkwionym w owej ognistej kuli czekała na moment, w którym morze pochłonie ostatni promyk, a wtedy wypowiadała w myśli życzenie, jakie gwiazda albo Bóg mieli spełnić. Ja też wypowiadałem życzenie, tylko w połowie wierząc, że się spełni. Zawsze to samo, rzecz jasna: żeby wreszcie powiedziała mi „tak”, żebyśmy zaczęli chodzić ze sobą jak zakochani, żebyśmy się migdalili, kochali, zaręczyli i pobrali i żebyśmy wyjechali do Paryża, i żyli tam, bogaci i szczęśliwi.