Młodsza wydawała się starsza i vice versa. Starsza nazywała się Lily i była troszeczkę niższa od Lucy, młodszej o rok. Lily miała czternaście, najwyżej piętnaście lat, a Lucy trzynaście lub czternaście. Określenie „zwracająca uwagę” wydawało się stworzone dla nich, ale choć Lucy też taka była, to jednak nie tak jak jej siostra, nie tylko dlatego, że jej włosy nie były tak jasne i tak długie i że ubierała się skromniej niż Lily, lecz również dlatego, że rzadziej się odzywała, a gdy przychodziło do tańców, chociaż też wykonywała figury i gięła się w pasie ze śmiałością, na jaką nigdy nie zdobyła się żadna miraflorka, sprawiała wrażenie przyzwoitej, powściągliwej i niemal głupiej w porównaniu z tą trąbą powietrzną, tym płomieniem na wietrze, tym błędnym ognikiem, w który przeradzała się Lily, kiedy płyty lądowały w pikapie, wybuchało mambo i ruszaliśmy do tańca.