Lily tańczyła w pysznym rytmie i z wielką gracją, uśmiechając się i nucąc słowa piosenki, podnosząc ręce, pokazując kolana i poruszając brzuchem i biodrami w taki sposób, że całe jej dziewczęce ciałko, modelowane co do jednej krągłości przez spódniczki i bluzki, jakie nosiła, zdawało się skręcać, wibrować i uczestniczyć w tańcu od stóp do głów. Ten, kto tańczył z nią mambo, zawsze bardzo się męczył, bo jak nadążyć, nie zaplątując się w ten diabelski wir skaczących nóg i rączek? Niemożliwe! Człowiek zostawał w tyle od pierwszych taktów, z pełną świadomością, że oczy wszystkich par są utkwione w Lily i że wszyscy śledzą jej mambowe wyczyny. „Co za dziewczynka! – oburzała się moja ciotka Alberta. – Tańczy jak Tongolele, ta rumbera z meksykańskiego filmu”. „No dobrze, nie zapominajmy, że pochodzi z Chile – wtórowała sama sobie. – Cnota nie jest mocną stroną kobiet z tego kraju”.