Nie było jeszcze wysokich budynków w owym Miraflores z początku lat pięćdziesiątych – dzielnicy domków parterowych albo co najwyżej jednopiętrowych, ogródków z nieodzownymi akacjami, geranium, laurami, bugenwillami, trawnikiem i tarasami, po których wspinało się kapryfolium czy bluszcz, z fotelami bujanymi, gdzie sąsiedzi oczekiwali nocy, gawędząc i wdychając zapach jaśminu. W niektórych parkach rosły kolczaste ceibos o kwiatach czerwonych i różowych, przy prostych, czystych ścieżkach wznosiły się arbolitos de suche, żakarandy, morwowce, a kolorową nutę tworzyły, oprócz kwiatów rabatowych, żółte wózki lodziarzy D’Onofrio, odzianych w białe prochowce i czarne czapki, przebiegających ulice dniem i nocą i ogłaszających swoją obecność klaksonem, którego przeciągłe pohukiwanie wydawało mi się głosem barbarzyńskiego rogu, pochodzącego z prehistorii. Słychać było jeszcze śpiew ptaków w owym Miraflores, gdzie rodziny ścinały świerki, gdy dziewczęta osiągały wiek zamążpójścia, bo gdyby tego nie zrobiono, biedaczki zostałyby starymi pannami, tak jak moja ciotka Alberta.