Tajemnica domu Helclów
Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński, Maryla Szymiczkowa — Kryminały

Prolog W którym niewiele widać, jak również słychać niewiele.

O tej porze korytarz jest zupełnie pusty – ale niebieskawy poblask księżyca przeświecający przez gałęzie drzew układa na drzwiach i ścianach dziwne wzory, które co chwilę zespalają się w jakieś postaci: zakonnicę w kornecie i rozłożystym habicie, przygarbioną staruszkę, rosłego stróża. Ale to nic, to nic.

O ileż byłoby łatwiej, gdyby pokój leżał w bocznym skrzydle, za węgłem – ale te drzwi widać z przeszklonego pomieszczenia na końcu korytarza, jasno oświetlonego lampą; tutaj łączą się obie części budynku, damska i męska, a w dyżurce przy zamkniętych na klucz drzwiach strażuje zwykle cerber w stroju szarytki; teraz jednak cerbera, Bogu dzięki, nie ma.

Wraca, starając się iść bezszelestnie. Wsuwa się do pokoju, podchodzi do ciała w skłębionej pościeli; widać przeszły przez nie agonalne spazmy, oblicze jednak wydaje się dziwnie spokojne, jakby po śmierci przyszła na nie jakaś słodycz.