I wtedy, w końcu, zobaczyłem ich. Krocząc w moją stronę ramię w ramię, wyglądali ponuro, niemal groźnie. Więcej, wyglądali na jednomyślnych. Serce podeszło mi do gardła. Normalnie kłóciliby się o to czy tamto, ale teraz wydawali się iść w zgodzie – w szyku.
Zaraz, czy umówiliśmy się na spacer... czy na pojedynek?
Podniosłem się z drewnianej ławki, nieśmiało zrobiłem krok w ich stronę, niepewnie się uśmiechnąłem. Nie odwzajemnili uśmiechu. Teraz moje serce naprawdę zaczęło miotać się w piersi. Oddychaj głęboko, powiedziałam do siebie.
Oprócz strachu czułem nadnaturalnie natężoną świadomość i ogromną bezbronność, podobnie jak w innych kluczowych momentach mojego życia.
Kiedy szedłem za trumną mojej matki.
Kiedy po raz pierwszy brałem udział w bitwie.
Kiedy przemawiałem publicznie podczas ataku paniki.
To samo poczucie, że rozpoczynam misję i nie wiem, czy podołam, ale wiem, że nie ma już odwrotu. Że Los przejmuje wodze.
No dobrze, mamo – pomyślałem, przyspieszając kroku – do dzieła. Trzymaj za mnie kciuki.
Spotkaliśmy się w połowie ścieżki.
– Willy? Tata? Cześć!